Właśnie wróciłam z pubu, z urodzin kumpeli, wcześnie bo rano mam chemię.
Jestem w tak okropnym humorze ... Siedziałam tam a w okół prawie same pary. I ja. Sama, od zawsze na zawsze. Nie mam faceta, więc wcale nie powinnam ruszać się z domu. Moja najlepsza przyjaciółka ma chłopaka. Kocham ją całym sercem i życzę jak najlepiej, ale imprezy nie wyglądają tak jak kiedyś. Niektóre odpuszczam, bo idzie ona z chłopakiem i 5 innych par. I co i ja? przyzwoitka? Oni będą tańczyć razem, przytulać się, a ja co? w środku? sama? Niektórzy powiedzą, że robię problem z niczego i przesadzam, ale te z Was, które były kiedyś w takiej sytuacji rozumieją. Nie ma chyba głupszego uczucia niż siedzieć wśród zakochanych, nie mając do kogo się odezwać. Bo oni siedzą przytuleni, zajęci sobą. Mam wrażenie, że wtedy wszyscy patrzą się co jakiś czas na mnie z politowaniem.
A gdzie jest ten ktoś kto mnie pokocha? Nie chodzi mi o przelotny romans, bo z tym nie problem. Wystarczy iść do klubu, a szansa na przelotną znajomość jest duża. Myślę o miłości, poczuciu bezpieczeństwa, budzeniu się przy kimś z pewnością, że on nadal uważa mnie za najpiękniejszą na świecie, w pidżamie, bez makijażu i z miotłą na głowie. Kogoś, dla kogo się nie liczy czy schudnę 5 kg czy przytyje 20. To ze mną jest coś nie tak?
A gdzie jest ten ktoś kto mnie pokocha? Nie chodzi mi o przelotny romans, bo z tym nie problem. Wystarczy iść do klubu, a szansa na przelotną znajomość jest duża. Myślę o miłości, poczuciu bezpieczeństwa, budzeniu się przy kimś z pewnością, że on nadal uważa mnie za najpiękniejszą na świecie, w pidżamie, bez makijażu i z miotłą na głowie. Kogoś, dla kogo się nie liczy czy schudnę 5 kg czy przytyje 20. To ze mną jest coś nie tak?
Kiedyś był K., narobił mi nadziei, obiecywał. Powiedział, że będzie na mnie czekać, że jestem dla niego ważna i chce ze mną być. I chciał, do momentu, aż mi zaczęło zależeć. Jak zdecydowałam, że jestem gotowa na związek z nim - zniknął. Wymówka jaką mi zafundował była chyba najgorszą jaką usłyszałam w życiu. Złamał mi serce.
Później był B., na nim też mi zależało. Byliśmy razem, mówił, że kocha, ale tak naprawdę interesowało go tylko to co mam w majtkach i kiedy pójdę z nim do łóżka. Nie poszłam, całe szczęście. Zawsze jak chciałam wyjść na piwo z koleżankami była afera. W kłótni nazwał mnie kurwą, tylko dlatego, że czasem wychodzę z dziewczynami. Zerwałam. I to była najlepsza decyzja w moim życiu. On nie umiał mi nic dać, a ja byłam cała dla niego, nawet do głowy mi nie przyszło, żeby oglądać się za innymi. A B,? Do dziś mam dziwne przeczucie, że mnie zdradzał. Kto tu kogo powinien nazwać kurwą?
Później były jakieś przelotne znajomości, które kończyły się po kilku spotkaniach. Po co? Koiłam ból? Nie wiem, możliwe. I obrosłam w skorupę, chowam uczucia, wrażliwość. Ale ile można? Gdzie byłam jak rozdawali miłość? Czego mi brakuje? Jestem tak brzydka, gruba, głupia? Gdzieś na świecie musi być TEN właściwy. Tylko gdzie? I kiedy on się znajdzie?
Ktoś sobie pomyśli - "Matko, jaka ckliwa notka, dziewczyno weź się za naukę a nie rozmyślaj o chłopakach." Ale tu już nie chodzi o myśl "chcę mieć chłopaka bo wszyscy mają!" Chcę uczucia, miłości, poczucia że mam kogoś kto mnie przytuli gdy mi źle i świat wali mi się na głowę.
Wybaczcie za te gorzkie żale, ale gdzieś musiałam to z siebie wyrzucić.
Nienawidzę uczucia głodu po alkoholu. Aż mnie ssie. Ale nie zjem, tak dużo już schudłam Mimo, że mam ochotę na wielkiego kebaba, albo ogromny kawałek ciasta.





